Nawigacja
    Strona główna
    Serwis Informacyjny
    Wstecz
Życiorys
    Przybliżamy sylwetkę kandydata
Prawa Narodów
    Katechizm Kościoła Katolickiego
    Prawa Narodów - UE
    Jan Paweł II do
Polskiego Parlamentu
    O polskich wojskach
w okupowanym Iraku
    Prawa polskiej mniejszości
narodowej na Białorusi
    Uchwała autorstwa Jana Łopuszańskiego w sprawie praw polskiej mniejszości narodowej na Białorusi
Kontakt
    E-mail
    E-mail ze strony www
    Biura poselskie
    Webmaster

Książki:



Baner reklamowy:

Chcemy pilnego referendum

Wystąpienie posła Jana Łopuszańskiego
w sprawie uchwały Sejmu o przeprowadzeniu referendum
ogólnokrajowego w sprawie wejścia do Unii Europejskiej
na 10 posiedzeniu Sejmu RP, w dniu 10 stycznia 2002 r.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo!
Mam zaszczyt reprezentować wniosek grupy 43 posłów z kilku klubów parlamentarnych, a mianowicie z Prawa i Sprawiedliwości, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Samoobrony oraz klubu Parlamentarnego Liga Polskich Rodzin, którego jestem członkiem.
Na podstawie art. 125 Konstytucji RP i art. 54 ust. 3 Regulaminu Sejmu RP wnosimy o pilne zarządzenie przez Sejm Rzeczpospolitej Polskiej referendum, w którym obywatele Polski odpowiedzą na pytanie: "Czy jesteś za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej?"
Podkreślam zwłaszcza słowa: "pilne zarządzenie referendum" wraz z ostatnim zdaniem uzasadnienia zawartego w druku sejmowym nr 114: "...postulujemy niezwłoczne powstrzymanie procesów przystosowania Polski do wymagań Unii Europejskiej do czasu rozstrzygnięcia dokonanego przez Naród w referendum".

Panie Marszałku! Wysoka Izbo!
Składamy wniosek o referendum w sprawie akcesji Polski do UE w czasie, w którym sprawa referendum bynajmniej nie jest przesądzona.
Art. 90 Konstytucji RP stanowi o możliwości przeprowadzenia referendum w sprawie ratyfikacji traktatu międzynarodowego, w którym Rzeczpospolita miałaby przekazywać kompetencje organów Państwa w ręce organów bądź organizacji międzynarodowych. Oby nigdy Rzeczpospolita nie zawierała takich traktatów!
Stanowi ten artykuł o możliwości – to nie znaczy, że czyni referendum obowiązkowym. Są wśród polityków w Polsce i tacy, którzy pomysł referendum określali jako "szatański".
Być może zdaniem niektórych "wypada" przeprowadzić referendum ze względu na opinię krajów członkowskich Unii – są jednak wśród nich i takie, które referendum w sprawie UE nie przeprowadzały. Sprawa nie jest do końca jasna na gruncie prawa i praktyki Unii. (Nie miały referendum Niemcy i Portugalia; a Wlk. Brytania miała referendum w rok po przystąpieniu do UE).
Oczywiście wiadomo nam, że urzędujący rząd złożył obietnicę referendum – jak rozumiem właśnie w trybie artykułu 90 Konstytucji.
Obietnice obietnicami, a... jak będzie naprawdę? I czy to będzie za tego rządu? Poprzedni też składał w tej sprawie obietnice. Zresztą to nie rząd jest w tej sprawie kompetentny – referendum ratyfikacyjne rozpisuje większość sejmowa (art.90 ust.4 Konstytucji RP).
Nam idzie o coś więcej. Ponieważ trwają za plecami Narodu kosztowne i szkodliwe dla Polski podporządkowania wobec Unii Europejskiej – dlatego chcemy ich niezwłocznego powstrzymania.
Przystosowania Polski do UE wywierają wielorakie skutki dla funkcjonowania Państwa Polskiego i w istotny sposób rzutują na warunki życia i perspektywy rozwoju Narodu.
Już dziś skutkują wyprzedażą za bezcen majątku polskiego w ręce obce, drastycznym rozwojem bezrobocia, zamieraniem wielu tradycyjnych dziedzin polskiej gospodarki. Prowadzą do likwidacji suwerenności Rzeczpospolitej Polskiej i do uzależnienia dróg i perspektyw polskiego rozwoju (lub braku rozwoju!) – od decyzji obcych stolic.
Tworzone na tej drodze fakty zmierzają do ograniczenia swobody polskiego wyboru w momencie podejmowania ostatecznej decyzji o ewentualnej akcesji Polski do UE. Wygląda na to, że kolejne ekipy sterników wprowadzają polski statek na mieliznę – a potem, być może, będą pytać obywateli czy wołać holownik czy nie?!
Naród nie był dotychczas pytany o zgodę na poddanie Polski rządom Brukseli. Natomiast wielokrotnie manipulowano w tej sprawie w celach propagandowych tak zwanymi sondażami opinii publicznej. Pragniemy poznać zdanie Narodu legalnie wyrażone – a nie jakieś sondaże.Nie chcemy czekać na chwilę zawarcia traktatu akcesyjnego – nie tyle od nas Polaków zależną, ile od łaskawości Brukseli i innych stolic Unii – i proponujemy referendum w trybie artykułu 125 Konstytucji.
Nie referendum ratyfikacyjne lecz uprzedzające.

Czas zapytać Naród!
Kierujemy też pytanie do tych wszystkich, którzy manipulując Narodem i jego sprawami, per fas et nefas przepychają podporządkowania wobec Unii – czy rozważyli w jakiej sytuacji znajdzie się Polska, jeżeli ich kosztownych zabaw Naród w referendum nie potwierdzi?
Czy w ogóle rozważają możliwość, że Naród pragnący zachować realny wpływ na swą przyszłość i bronić swych dóbr i praw mógłby ich propozycję odrzucić?
A może nie interesuje niektórych co Naród chce, czy mógłby chcieć? A jeżeli Unia, korzystając ze współpracy polskich kolaborantów, wyciśnie Polskę jak cytrynę, a potem odrzuci? Kto da gwarancje, że tak nie będzie? Przecież pretekstów, jeżeli zechce, jej nigdy nie zabraknie. Gdy uzna to za stosowne, sama je stworzy.
Naród ma prawo (!) zdanie swoje wypowiedzieć, zanim zostanie dopełniona miara szkód nieodwracalnych.
Przy okazji – to jest także miara naszej uczciwości wobec partnerów z Europy – wiedzcie, że komunikaty składane przez kolejne ekipy rządowe mogą się okazać gołosłowne – mogą nie znaleźć potwierdzenia przez Naród.
I to jest też nasze oczekiwanie uczciwości europejskich partnerów wobec Narodu Polskiego – chcielibyśmy mieć nadzieję, że za manipulacje na Polsce w toku przystosowań do UE nie ponoszą istotnej współodpowiedzialności wysocy przedstawiciele Unii i jej narodów! Chcielibyśmy mieć nadzieję! ...a jak jest prawda?

Panie Marszałku! Wysoka Izbo!
Słowa "manipulacje" używam z całym rozmysłem. I mówię tu o wielu ich postaciach. O manipulacjach publikacjami sondaży już wspomniałem.
O działaniach środków społecznego przekazu, które wykorzystywane są w ogromnej przewadze przypadków jako narzędzie jednostronnej propagandy prounijnej, a nie rzetelnego informowania obywateli o sprawie, można mówić by wiele.
Tytułem przykładu, pamiętam takie sejmowe debaty poprzedniej kadencji i odbywające się raptem kilka godzin później telewizyjne czy radiowe powtórzenia tych dyskusji.
W medialnych debatach uczestniczyli, bo ich tam zapraszano, przedstawiciele wszystkich grup zabierających głos w Sejmie... z wyjątkiem Posłów Porozumienia Polskiego, czyli tych, którzy jako jedyni w debacie sejmowej formowali argumenty "przeciw" akcesji.
Publiczna (!) TV nie dopuściła do zaprezentowania telewidzom argumentów "przeciw". Czego się bano? Polityków, którzy te argumenty wypowiadali? Telewidzów? Argumentów?
Dziś TVP podpisuje umowy, że promocja akcesji Polski do UE dokonywana będzie między m.in. w ramach seriali przez nią emitowanych. Przecież to jest nachalność propagandowa, porównywalna z nachalnością propagandy bolszewickiej!
Wiele mógłbym mówić o historii rozmów i korespondencji z poprzednim rządem w sprawie wykorzystania środków przeznaczonych na informowanie społeczeństwa polskiego o Unii w toku przygotowań do akcesji.
Czyż nie powinny one być w równej mierze wykorzystywane na rzecz opcji "za" jak i opcji "przeciw" akcesji? Czy tak nie byłoby zgodnie z regułą państwa prawa, z zasadami demokracji – wreszcie – z elementarnymi zasadami uczciwości?
O co idzie? O to by przy ich użyciu rozeznać prawdę i w tej sprawie prowadzić uczciwą publiczną debatę? Czy o to żeby przy użyciu środków publicznych coś komuś wmówić?
Jakiś urzędnik odpisał w imieniu Premiera, że to są środki przeznaczone na promowanie "linii rządu", a ta jaka jest, to każdy wie.
Rozmawialiśmy o tym z politykami z UE przywiązanymi do reguł demokracji – i to nie tylko tymi eurosceptycznymi. Kiedy usłyszeli naszą relację zdumiewali się: Jak w ogóle może się zdarzyć taka arogancja władzy w państwie demokratycznym? – pytali.
Rządy się zmieniły. Nowa ekipa skrytykowała poprzednią za arogancję władzy. A w tej sprawie – w sprawie wykorzystania funduszy publicznych na informacje o UE – jak było, tak jest.
Rzecz w tym, że nowy rząd niespecjalnie różni się w celach i metodach swej działalności od rządu poprzedniego, przynajmniej w obszarze, który dzisiaj omawiamy.
Manipulacją jest też tryb tajny negocjacji. Powinniśmy jak rozumiem wierzyć, że przedstawiający nasze stanowisko urzędnicy polscy dokładają w Brukseli najlepszych starań, ...itd., itd. O treści kolejnych ustępstw dowiadujemy się najczęściej z zachodniej prasy. Czyżby to miał być przede wszystkim tryb tajny... przed Narodem?!
Etapem poprzedzającym właściwe negocjacje był tak zwany "screenig". Czy Naród został poinformowany jakie są jego reguły? Badano w nim zgodność polskich przepisów z przepisami Unii Europejskiej. Na zakończenie przeglądu kolejnych pakietów przepisów, dotyczących różnych dziedzin życia, Polska mogła wydać jeden z trzech komunikatów:
Po pierwsze, że rozwiązania unijne są już w Polsce wdrożone.
Po drugie, że nie są wdrożone, ale solennie zobowiązujemy się do ich wdrożenia do momentu akcesji.
Po trzecie, że nie jesteśmy w stanie wdrożyć ich do momentu akcesji i prosimy o okres przejściowy – rok, pięć, osiemnaście lat – w zależności od przedmiotu sprawy.
Polska nie mogła wydać czwartego komunikatu, że takie i takie rozwiązania stosowane w Unii Europejskiej nie są dla nas korzystne i dlatego nie zamierzamy ich wdrożyć.
Jeżeli mamy być członkiem Unii - to mamy obowiązek przyjąć całość rozwiązań prawnych Unii (tzw. acquis communautaire). Taka jest istota umowy adhezyjnej czyli o przystąpieniu.
W tej sytuacji pytaliśmy czy ktoś (ktokolwiek) prowadził "screening" czyli przegląd przepisów Unii pod kątem ich zgodności z dobrem Polski i dobrem jej obywateli?
Pytaliśmy też, czy w czasie, w którym toczą się rozmowy o przystosowaniu Polski do członkostwa w Unii – prowadzone są też rozmowy (jakiekolwiek) o przystosowaniu Unii do potrzeb Polski? Usłyszeliśmy – nie są takie rozmowy prowadzone. Przecież okresy przejściowe to tylko terminy odroczenia egzekucji z Polski wymagań prawa unijnego – te nie mogą być uznane, ze względu na ich przejściowość, za przystosowania Unii do oczekiwań Polski.
W zamian za to mamy coraz silniejsze, choć w białe rękawiczki opakowane, naciski Brukseli – a może byśmy tak w celu przyspieszenia negocjacji "uelastycznili" nasze stanowisko negocjacyjne? (czytaj: zrezygnowali z kolejnych okresów przejściowych).
Warunkiem wstępnym rozmów z Polską ze strony Wspólnot Europejskich była – jeszcze za czasów rządu Pana Tadeusza Mazowieckiego - między innymi sprawa cen nośników energii. Polska miała ponoć za niskie ceny nośników energii – jeżeli chce współpracować ze Wspólnotami Europejskimi, to powinna je podnieść – mówili przedstawiciele Wspólnot. Dziwili się Polacy skąd ta drożyzna w Polsce A no właśnie stąd!
W 1993 roku przebywający w Polsce filozof Karl Popper (dziś już nieżyjący) publicznie podał ten fakt w wywiadzie – dodając komentarz, że jeżeli w tym trybie wejdziemy do Unii to po wejściu okaże się, że jesteśmy już niekonkurencyjni.
Dlaczego Polacy nie byli o tym fakcie poinformowani przez rząd trzy lata wcześniej – gdy został on wobec tego żądania postawiony? Czy dlatego, że mogliby nie podzielić zdania rządu – iż sprawę cen nośników energii, wraz z wszystkimi tego skutkami, można złożyć na ołtarzu negocjacji z Brukselą?
Warunkiem współpracy z Unią jest prywatyzacja majątku państwowego.
Ponieważ jest to przede wszystkim prywatyzacja kapitałowa, a Polacy nie mają po okresie socjalizmu dużych zapasów kapitału, to prywatyzacja staje się procesem wyprzedaży polskiego majątku w ręce obce. W kolejnych raportach Brukseli "doceniane" są wysiłki polskie w tej wyprzedaży i umieszczane zachęty do przyspieszenia jej tempa. (Ostatnio np. prof. Brzeziński, w imieniu międzynarodowej Komisji polsko-unijno-amerykańskiej nawoływał do zwiększenia tempa prywatyzacji strategicznych gałęzi gospodarki.– Rzeczpospolita z dnia 7 stycznia 2002 r.). Szczególnie szkodliwa dla Polski jest wyprzedaż nieruchomości oraz banków i innych instytucji finansowych.
W warunkach otwarcia polskiego rynku na tzw. "zimny wiatr konkurencji", to jest termin wprowadzony przez byłego komisarza Unii Hansa van de Broecka, podobno ten wiatr ma skutki uzdrawiające, nastąpiło wystawienie polskich podmiotów gospodarczych na nieuczciwe, nierówne warunki konkurencji. Powoduje to zwłaszcza załamywanie polskiego handlu i gigantyczny import bezrobocia. Biedna, pogrążona w ponad trzymilionowym bezrobociu Polska, utrzymuje w bogatej Unii Europejskiej około półtora miliona miejsc pracy!
Rynek polski został otwarty na dotowane unijne towary żywnościowe, przy jednoczesnych barierach (zazwyczaj poza taryfowych) na eksport żywności polskiej do Unii.
"Przyjaźnie" nastawieni do Polski eksperci unijni zakładają, że z około 2 mln polskich gospodarstw rolnych pozostać ma tylko 700 tysięcy. Ci mniej "przyjaźnie" nastawieni – a bywało, że mający swych rzeczników wśród polskich ministrów – twierdzą, że 200 tysięcy gospodarstw nam wystarczy. Z czego ma się zatem utrzymać pozostałe 1 mln 800 tys. lub 1 mln 300 tys. rodzin rolniczych, dla których nie ma perspektywy w UE? Czy autorów tych pomysłów nie niepokoi też perspektywa załamania samowystarczalności żywnościowej Polski? Łudzi się rolników polskich dopłatami bezpośrednimi i funduszami pomocowymi. To czysta fikcja!
Już od kilku lat, fundusze SAPARD wpisywane są do kolejnych budżetów państwa i nie wpływają. A przecież idzie o sumy mikroskopijnej wielkości. A w Unii rozważa się wykorzystanie ewentualnego faktu poszerzenia o nowych członków do wycofania się Unii z dopłat do rolnictwa. Wydatki na rolnictwo stanowią około połowy unijnych wydatków i Unia traci możliwości ich dalszego udźwignięcia. Czy powiedziano o tym polskim rolnikom?!
Rozważa się między innymi możliwość przerzucenia ciężaru ekonomicznego dopłat bezpośrednich na kraje członkowskie. Gdyby zostało to wdrożone, to oznaczałoby, że rolnicy poszczególnych krajów dostaną tyle, ile ich własne rządy będą gotowe im wypłacić. Jak wyszliby na tym rolnicy tych krajów, które mają mniej pieniędzy na udźwignięcie ciężaru dopłat bezpośrednich? Jak wyszliby na tym polscy rolnicy?!
Czy powiedziano im też, że w Unii trwają pod naciskiem wielkich grup kapitałowych, procesy zmierzające do drastycznego ograniczenia indywidualnej własności rolnej w ramach gospodarstw rodzinnych i do zastąpienia jej własnością ziemską wielkich korporacji finansowych?
Producenci rolni mieliby być głównie dzierżawcami w prowadzonych przez siebie gospodarstwach.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo!
Czy informuje się obywateli polskich, że to właśnie na ołtarzu przystosowań do Unii składane są: polskie górnictwo, hutnictwo, przemysł okrętowy, rybołówstwo, energetyka, wiele innych?
Ciekawą rzeczą jest stopień wykorzystania środków z Europejskiego Banku Inwestycyjnego, któremu w poprzedniej kadencji Sejmu nadano w Polsce status państwa w Państwie. (Czy muszę przypominać, że przy naszym sprzeciwie?) Są one wykorzystywane na finansowanie inwestycji infrastrukturalnych i ekologicznych.
W latach 1990 – 1999 Polska miała najniższy wskaźnik wykorzystania kredytów z EBI:
- 4,5 razy mniejszy niż średnia krajów "15-stki"
- 11,5 razy mniejszy niż Dania, choć dochód narodowy Danii na głowę mieszkańca jest 8,5 razy większy niż w Polsce.
- 2 razy mniejszy niż Czech i Węgier, które znajdują się w podobnej do Polski sytuacji ubiegania o względy Unii.

Czy powiedziano o tym polskim rolnikom?! Środki EBI – zamiast służyć wyrównaniu dystansu dzielącego Polskę od krajów Unii – służą powiększaniu tego dystansu.
Z informacji zawartej w odpowiedzi Ministra Gospodarki na interpelację posła Zygmunta Wrzodaka dowiadujemy się, iż łączna wysokość sald ujemnych w obrotach Polski z Unią od 1992 do 2001 roku wyniosła 63 mld dolarów (63 mld dol. = 247,7 mld nowych zł – czyli blisko dwukrotną wysokość rocznego budżetu Polski!)
Przypomina mi się pewien Hindus, który przerażony polityką krajów rozwiniętych wobec trzeciego świata, w połowie lat sześćdziesiątych, na forum Światowej Organizacji Żywnościowej, wykrzyknął: "Na litość Boską! – przestańcie nam pomagać!"
Jako polskie osiągnięcie na drodze do Unii wymienia się zazwyczaj swobodny ruch ludności. Bardzo dobrze – tak powinno być. Okupione to zostało jednak grubym zaprzeczeniem narodowej solidarności – oto poza granicą "sezamu" z Schoengen pozostawiono wielką część Narodu, która żyje poza wschodnią granicą Polski. Dziś Niemiec ma łatwiejszy wstęp do Polski niż nasz rodak zza Bugu.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo!
Kiedy rozważamy zakres decyzji, którą będziemy podejmowali w referendum – wypada też zapytać czego jeszcze nie wiemy o Unii Europejskiej?
Nie dlatego, by źródła informacji o faktach były istotnie zakryte, ale dlatego, że sami przywódcy Unii jeszcze nie do końca potrafią odpowiedzieć na pytania o jej przyszłość. Nie mówiąc o narodach Unii, w których z dnia na dzień narasta opozycja przeciw utopijnym eksperymentom jej przywódców – sprzecznym z tradycją narodów Europy i z porządkiem wynikającym z ludzkiej natury.
Unia Europejska jest utopią polityczną w stadium kształtowania. A czym będzie? Przywódcom Unii już nie wystarcza swobodny przepływ ludzi, towarów, usług i kapitału. A przecież wiemy, że ten ma rzeczywisty sens w warunkach równomiernego poziomu rozwoju krajów uczestniczących w dziedzinach objętych swobodnym przepływem – w przeciwnym wypadku stanie się ten swobodny przepływ formą wyzysku krajów słabiej rozwiniętych przez kraje bardziej rozwinięte.
Unia kreuje dziś wspólną politykę gospodarczą na poziomie własnej waluty. Dziś nie ma już możliwości przystąpienia do Unii – bez jednoczesnej likwidacji złotówki i przyjęcia w jej miejsce Euro. Powołanie wspólnej waluty musi z konieczności oznaczać powołanie władzy suwerennej, stojącej na jej straży. To zaś oznacza likwidację suwerenności państw członkowskich! I działania zmierzające do ustanowienia suwerennej władzy, Unia podejmuje nie od dzisiaj.
Ustanowiona została wspólna polityka zagraniczna, bezpieczeństwa i obrony. Ważność decyzji w tym obszarze nadawana jest przeważnie w trybie większości. Postanowiono o powołaniu 60-cio tysięcznych sił szybkiego reagowania (ERRF), w oparciu o kilka państw Unii Europejskiej. Mają one być zdolne do działania w promieniu 2500 mil (czyli ok. 4000 km) od Brukseli.
Powołano unijną policję (Europol), która ma prawo samodzielnego działania na terytorium państw członkowskich!
Ustanowiono porozumienie w sprawie współdziałania sądów i prokuratur ( Eurojust)! Orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości w Luxemburgu, orzekającego na podstawie acquis communotaire, od dawna mogą być podstawą uchylania wyroków sądów krajów członkowskich oraz środkiem wymuszania zmian prawodawczych w tych krajach, zapisów konstytucyjnych nie wyłączając!
Jednolity Akt Europejski z 1986 roku ograniczał zakres spraw, w których państwom członkowskim przysługuje prawo weta. Istotnym krokiem na tej drodze był Traktat z Maastricht z 1992 roku powołujący Unię Europejską. Potem ograniczono prawa weta w Traktacie Amsterdamskim. Podejmowano decyzje w tej sprawie w Nicei. Mówiono o tym w grudniu 2001 r. w Laeken.
Z powodu werdyktu austriackiej demokracji, z października 1999 r., który nie spodobał się w Brukseli, nałożono na Austrię sankcje. Uczyniono to jednak bez podstawy prawnej w prawie Unii, czyli nielegalnie.
W trosce o legalność takich ekspedycji karnych, w Nicei przyjęto tryb nakładania sankcji na państwa członkowskie. Mogą one zostać nałożone nie tylko wtedy, gdy państwo członkowskie złamie unijne prawo, ale także wtedy, gdy stosowna większość uzna, że zaistniało... jedynie niebezpieczeństwo jego złamania!
A to tzw. lex Austria ustanowione zostało w sytuacji, w której perspektywa opuszczenia Unii przez jej członka w zasadzie nie istnieje.
W odpowiedzi na pytanie posła Romana Giertycha, pani Minister Danuta Hubner, odpowiadająca z upoważnienia Prezesa Rady Ministrów, przedstawiła poważną analizę tego zagadnienia. Jest ono prawniczo złożone, możliwe są w tym zakresie różne niuanse interpretacyjne – oczywiście zależy od tego, kto będzie tej interpretacji dokonywał. Konkludując te rozważania Pani Minister stwierdza, iż: czasowa nieokreśloność obowiązywania traktatów stanowiących o Unii i Wspólnotach Europejskich, jak również szersza wykładnia celów organizacji powoływanych na mocy traktatów wydają się sugerować, że ich charakter w zasadzie nie pozwala na jednostronne wycofanie się państwa członkowskiego z Unii. Krótko mówiąc – jeżeli tam wejdziemy, to klamka zapadła.
Unia zaś – wyposażona w możliwość stosowania przeróżnych sankcji, a na dodatek w mechanizmy takie jak lex Austria i Siły Szybkiego Reagowania – będzie mogła skutecznie i legalnie przymusić nas do pozostania pod jej władzą.
Tekst Deklaracji z Laeken jest faktycznie dokumentem studialnym – powołuje "Konwent w sprawie przyszłości Europy", dla prac którego punktem wyjścia będzie dokonane w Deklaracji wyliczenie problemów. Jak problemy te rozstrzygać będzie Konwent, a później inne instytucje Unii? Tego dokładnie nie wiadomo.
Jednak główne kierunki są zaznaczone: "Unia znajduje się na rozdrożu – w definiującym momencie swego istnienia." Wyzwania, przed którymi stoi, to "zbliżyć Unię do obywateli" i "orzec o sposobie udziału Unii w procesach globalizacji." Pada pytanie, czy Unia nie jest aby powołana do odegrania roli "mocarstwa"? Rozważania nad instytucjami i prawodawstwem unijnym prowadzone są w kierunku "Konstytucji dla obywateli europejskich". Jaka miałaby być relacja pomiędzy unijną konstytucją a prawami państw członkowskich? Czy prawa w państwach członkowskich ustanawiane byłyby na podstawie europejskiej konstytucji?
Słyszałem rozważania polityka (de nomine – polskiego), który mówił jako "o śmiałej myśli" – o możliwości ustanowienia w europejskiej konstytucji domniemania kompetencji państw członkowskich w przypadku spraw przez tę konstytucję nie rozstrzygniętych. "Śmiałość" jego myślenia polegać miała, jak rozumiem, na tym, że jako polityk polski postulował wejście Polski do Unii i jednoczesne ustanowienie Unii jako federalnego państwa. Zatem Stany Zjednoczone Europy? W których na skutek aktywności legislacyjnej Unii zakres swobodnej kompetencji państw członkowskich stopniowo będzie zanikał? A jeżeli zrealizowana byłaby myśl "nieśmiała" – domniemanie kompetencji Unii? Zatem pod nazwą Unii faktycznie państwo unitarne? Niezłe perspektywy byłyby dla niepodległości i suwerenności Polski!
W Nicei (art. 7) postanowiono, że kwalifikowana większość państw Unii ma prawo powołać węższy krąg państw, które w określonych zakresach mogą pogłębić swoją współpracę. Mówiło się już o tym wcześniej, w kontekście zepchnięcia na margines tych państw Unii, które powstrzymują tempo integracji, narzucane głównie przez Niemcy, Francję i ich najbliższych współpracowników. Gdyby to nastąpiło, zgadnijmy, w której grupie przydzielono by miejsce Polsce? I czy to od nas by zależało? Czy promotorzy akcesji Polski do Unii są pewni, że któraś z tych perspektyw nie zostanie zrealizowana? I nadal pchają suwerenną Polskę w objęcia Unii? Tak bez względu na okoliczności? Kupując kota w worku?
W połowie kwietnia 1999 roku pan Romano Prodi, określając program nowo powołanej Komisji Europejskiej, powiedział: "Budowanie federalnej Europy ma być celem samym w sobie, a nie tylko przygotowaniem Unii do poszerzenia". I dodał: "po zawiązaniu unii walutowej w procesie integracji europejskiej rozpoczął się nowy rozdział, w którym dotychczasowy kształt państwa narodowego nie ma już racji bytu".
Podkreślam to zdanie: "dotychczasowy kształt państwa narodowego nie ma już racji bytu" – bo to jest zdanie dotyczące Polski, jeżeli miałaby znaleźć się w Unii Europejskiej. Czy ci, którzy promują akcesję Polski do Unii wyraźnie o tym powiedzieli Narodowi? I aby nikt nie miał wątpliwości, że nie idzie tu o jakieś "zewnętrzne" i w istocie mało ważne prawno-międzynarodowe przystosowania – dokonywane bez naruszenia istotnej treści spraw polskich – to w tej samej wypowiedzi pan Prodi zamieścił istotny i symboliczny program na przyszłość: "po wprowadzeniu jednolitego paszportu europejskiego, dzieci urodzone po 1 stycznia 2000 roku miałyby wpisywaną narodowość ‘europejską’, a nie poszczególnych narodów Europy."! Cytuję tu tekst jego wypowiedzi za Rzeczpospolitą z 15 kwietnia 1999 roku.
W końcu 2001 roku, w Deklaracji z Laeken, mówi się już o... "Konstytucji dla europejskich obywateli" – a nie o traktacie regulującym stosunki między wolnymi narodami!Te informacje – zaczerpnięte przecież z polskiej prasy – dedykuję tym wszystkim, którzy dziś w Polsce uprawiają bełkot o gwarancjach zachowania polskiej tożsamości w ramach Unii Europejskiej.
Oczywiście – Polska potrafiła zachować tożsamość i w czasach rozbiorów i w noc niemieckiej okupacji i w podczas rządów bolszewii. Nie życzę mojemu Narodowi kolejnych takich czasów!
Zapewne – gdybyśmy nie daj Boże znaleźli się w Unii – będziemy musieli naszej tożsamości jakoś tam bronić, nawet gdyby współcześni targowiczanie zaangażowali się w realizację planów pana Prodiego.
Dziś, w polskim Sejmie, w związku z projektem referendum, dyskutujemy nie o sprawie narodowej tożsamości lecz o sprawie niepodległości i suwerenności naszego Państwa. Kto by jednak marzył o zachowaniu w Unii naszej tożsamości niech wie, że i ona przywódcom Unii przeszkadza.
Powiedzmy wreszcie dwa słowa o niepodległości i suwerenności – bo te pojęcia dziś nazbyt często używane są bez istotnego rozumienia ich treści. A przecież o tym właśnie będziemy rozstrzygać w referendum.
O niepodległości mówimy, gdy opisujemy relację pomiędzy państwem a zewnętrznymi wobec niego bytami politycznymi. Niepodległym jest państwo, które nie podlega bytom zewnętrznym. Cechą państwa niepodległego jest pierwszeństwo jego celów własnych wobec tych, które wynikają ze współpracy z innymi państwami. Cechą państwa uzależnionego jest pierwszeństwo celów międzynarodowych, narzucanych przez zewnętrzne byty polityczne.
Przy okazji zapytajmy w jakim stopniu Polska jest dziś Państwem niepodległym? W jakim stopniu niepodległym jest Państwo, którego organy naczelne nie tylko dopuszczają lecz wręcz współorganizują rabunkową wyprzedaż majątku narodowego oraz cały szereg innych szkodliwych dla Narodu działań – oczekiwanych przez zagraniczne podmioty? W jakim stopniu niepodległe jest Państwo, którego przywódcy zdają się nie mieć poczucia granicy dopuszczalnych ofiar, które Polska może złożyć – dla zaspokojenia oczekiwań obcych stolic? W jakim stopniu jest niepodległe Państwo, którego rząd nie waha się strzelać do własnych obywateli (póki co gumowymi kulami), domagających się interwencji na rzecz upadającego przemysłu, ale waha się udzielić pomocy własnemu przemysłowi, bo to mogłoby spotkać się z ujemną oceną innych stolic czy międzynarodowych banków i koncernów?
O suwerenności mówimy, gdy opisujemy relację pomiędzy państwem a sprawującym w nim władzę – władzę umocowaną w tym państwie, a nie poza nim. Suwerenne jest państwo, w którym jest suweren, sprawujący władzę zwierzchnią. W Polsce suwerenem, jest Naród (mówi o tym art.4 Konstytucji RP).
To Naród miałby zostać pozbawiony atrybutów swej władzy zwierzchniej na rzecz Unii, gdyby Polska miała stać się jej członkiem! To właśnie proponują propagatorzy włączenia Polski do Unii. Czynią to w czasie, w którym przywódcy Unii marzą o tym by zostać "mocarstwem" na gruzach suwerennych państw narodowych i na gruzach narodów. Pojęcia suwerenności i niepodległości należą do języka prawa i polityki. Nie twierdzę, że jest to język łatwy. Chociaż ci, którzy chcą decydować o losach Polski, powinni go rozumieć.
Na użytek tych, którzy nie rozumieją posłużmy się obrazem.
Zdarzy się czasem takie nieszczęście, że gdy w gospodarstwie umrze gospodarz, to jego dziedzictwem zaczynają zarządzać różni sąsiedzi. Po krótkim czasie dziedzice nie są w stanie rozpoznać własnego dziedzictwa, które zostaje rozdrapane przez obcych.
Państwo bez suwerena – to gospodarstwo bez gospodarza!
Nieprzypadkowo używam tego właśnie obrazu. Zbyt często ostatnio słyszę wśród rodaków tę opinię, że Polska jest dziś Państwem bez gospodarza.
Pani Minister Danuta Hubner w telewizyjnej debacie wynalazła nowe pojęcie – suwerenność partycypacyjna. Jeżeli to pojęcie miałoby mieć w ogóle jakiś sens musiałbym uznać, że my będziemy partycypować w jakiejś innej suwerenności. Krótko mówiąc – będzie to suwerenność Unii, a Polacy (przepraszam! – europejczycy, którzy kiedyś byli Polakami – trzymam się interpretacji pana Romana Prodiego) będą częścią ludu europejskiego i będą partycypować w tej suwerenności. Tak! Tylko suwerenności Polski już nie będzie! Złożona zostanie z niej ofiara na ołtarzu suwerenności Unii.
Gdyby poprzednie pokolenia Polaków myślały w ten sposób, to nie marzyłyby o odbudowaniu Niepodległej, nie walczyły w powstaniach, lecz prześcigały się w wysługiwaniu zaborcom aby partycypować w ich imperiach i płynących stąd korzyściach!
Wracając do obrazu gospodarstwa grabionego przez sąsiadów – to tak jakby uczyniono je – rzecz jasna dla dobra rolników! – częścią kołchozów (w Polsce nazywało się to spółdzielnią produkcyjną). Krótko mówiąc – gospodarzem gospodarstwa będzie już nie ten, do którego ono dotąd należało, lecz kołchoz i jego zarząd. O kołchozach myślę to, co ogromna większość polskich rolników. Polecam zainteresowanym błyskotliwe zestawienie cech istotnych Unii Europejskiej oraz... Związku Radzieckiego, dokonane przez Władimira Bukovskiego, znanego dysydenta z czasów Związku Radzieckiego jeszcze i obrońcy praw człowieka.
Prawo Unii ponad prawem narodów, nadrzędność sądów Unii ponad sądami krajowymi, prymat banku centralnego imperium, jedna moneta, jedna granica, polityka zagraniczna i obronna i zniesienie granic narodowych. W granicach takiego tworu swobodny obrót kapitałem, rzeczami, walutą i jedna polityka ekonomiczna – z centralnym planowaniem. Czy ktoś jeszcze dziś pamięta, że to wszystko oparte było na "deklaracji o prawie narodów do niepodległości"? Autorstwa niejakiego Lenina!
Polsce potrzebna jest polityka, która wyrazi polską suwerenność i zabezpieczy dobro Polski i Polaków, a nie interesy obcych stolic w Polsce. Dramat polega na tym, że trudno dziś rozeznać kto jest kim, bowiem haseł o służbie Polsce słyszymy wiele z różnych stron.
Coraz częściej Polacy rozumieją, iż między tak zwanymi "lewicami" a tak zwanymi "prawicami" nie ma istotnej różnicy w tym najważniejszym punkcie – stosunku do niepodległości i suwerenności Polski – stosunku do polskiego dziedzictwa, którego tak naprawdę ani jedni ani drudzy nie zamierzają bronić. Tak zwane "lewice" i tak zwane "prawice" potrafią okładać się wzajemnie najcięższymi kalumniami – ale gdy przychodzi do rezygnacji z atrybutów suwerenności Polski to podają sobie ręce.
Nie podzielając takich postaw, wielokrotnie usiłowaliśmy zrozumieć argumenty, którymi rzeczywiście kierują się ci, którzy chcą obecności Polski w Unii Europejskiej. Zostawiam na marginesie te argumenty niepoważne, np. że w Unii będzie nam lepiej. A skąd to wiadomo?
Skoro jeszcze na nas ręki nie położyli, skoro zatem choć trochę powinno im na naszej opinii zależeć – a już nas łupią: z własności ziemi, z miejsc pracy, niszczą polski handel, zawłaszczają banki i kredyt, itd., itd – to co będzie potem – jak już nas będą mieli?!
Te opowieści, że w Unii będzie lepiej przypominają mi nieco propagandę lektorów PZPRu: "wiecie, rozumiecie towarzysze, nie jest jeszcze dobrze, bo nie mamy rozwiniętego socjalizmu, dopiero go budujemy; ale jak zbudujemy rozwinięty socjalizm to będzie tak, jak jeszcze nigdy nie było". (oklaski)
Kwestii prywaty – ordynarnej chęci wzbogacenia się na wyprzedaży najbardziej podstawowych interesów narodowych –rozwijał tu nie będę. Czuję się niekompetentny. Zostawiam ją do rozważenia – w co głęboko wierzę – przyszłym Trybunałom Stanu. Przypominam artykuł 126 Konstytucji RP: Prezydent stoi na straży suwerenności Państwa. Przypominam rotę ślubowania poselskiego z art.2 ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora: ślubuję... strzec suwerenności Ojczyzny!
Polemizowałem ostatnio publicznie z Panem Markiem Belką. Pytałem go jak to jest możliwe, że Wiceprezes Rady Ministrów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej Polskiej nie widzi alternatywy polskiego poddaństwa wobec Unii – w suwerenności Państwa, które wyniosło go na tak wysoki urząd? Dlaczego uparcie i niezgodnie z prawdą twierdzi, że alternatywą związku z Unią jest sojusz z Panem Łukaszenką? Odpowiedział mi, że aby go zrozumieć, wystarczy spojrzeć do atlasu. Podobne argumenty głosili niedawno członkowie PZPR. Atlas był ten sam, tylko o inną stolicę wtedy chodziło. O ile dobrze zrozumiałem istotę tego rozumowania – to opiera się ono na założeniu, iż nie ma realnej szansy istnienia niepodległego i suwerennego Państwa Polskiego, w którym Naród Polski byłby suwerenem.
Nie ma jej rzekomo dlatego, że w najbliższej przyszłości ustabilizują swe istnienie i wpływy dwa wielkie imperia – europejskie i rosyjskie – które nie zechcą tolerować niepodległego bytu Polski.
Na marginesie – czy to nastąpi czy nie to się dopiero okaże i obyśmy się sami własną nieroztropnością do tego nie przyczyniali. Polsce – według tego poglądu – pozostaje wybrać miejsce, do którego imperium miałaby należeć. W każdym wypadku wybór powinien zostać dokonany przez Polskę, zanim ktoś podejmie tę decyzje za nas. Zwolennicy tego poglądu skłonni są interpretować sprzeciw wobec Unii jako... opcję prorosyjską. Zapominają, że Rosja nigdy w historii nie podbiła Polski... sama, choć próbowała. Ilekroć była skuteczna – czyniła to na spółkę z jakimś partnerem... z tzw. zachodu.
Zdumiewające. Rosji nie wierzą... a w Unię... wierzą! Dla niektórych (cytuję telewizyjną wypowiedź polityka): "miarą wiedzy i wiary w Unię jest to, iż nie przewidujemy drogi wyjścia z niej"! Unia jako przedmiot wiary? W ustach trzeźwego polityka?
Jeżeli prawdą jest, że rodzące się imperium europejskie, ewentualnie na spółkę z Rosją, gotowe byłoby nas zmusić do podporządkowania sobie – to nie jest moje twierdzenie (!) – to twierdzenie implicite zawarte w argumencie zaglądaniem do atlasu – to mamy do czynienia z wrogiem. Jeżeli zaś tak, to czy na współpracy z wrogiem można budować perspektywę rozwoju?
Dla innego polityka (to też z telewizyjnej wypowiedzi) – "Unia to schronienie przed wyzwaniami globalizacji". A cóż to jest globalizacja? Czyż nie polega ona właśnie na niszczeniu narodowych państw w imię budowy ponad narodowych imperiów? Czyż dążąca do mocarstwowej pozycji Unia nie jest właśnie takim imperium, budowanym na gruzach narodowych państw Europy? Przecież w Deklaracji z Laeken sama mówi o swoim "udziale w globalizacji".
Zatem – uczestnictwo w globalizacji jako schronienie przed globalizacją? Gdzie tu jest logika? Dlaczego promotorzy przyjęcia przez Polskę poddaństwa w Unii nie powiedzą wyraźnie – że są likwidatorami suwerennej państwowości polskiej, działającymi w porozumieniu z obcymi stolicami – bo nie wierzą w możliwość istnienia suwerennej Polski i nie chcą ponosić kosztów obrony jej niepodległości? (oklaski)
Innymi słowy – że, albo z braku miłości do Polski, albo z lęku przed konsekwencjami obrony jej wolności podejmują się współuczestnictwa w łamaniu praw Narodu. Czy nie jest podstawowym zadaniem Polski – w naszym własnym interesie, ale i w interesie innych narodów – wskazać wyraźnie, że to łamanie praw narodów jest podstawowym nieszczęściem współczesnego świata?
Że potrzebna jest stała współpraca narodów, ale nie może się ona odbywać za cenę niszczenia ich wolności i dóbr – bo prowadzi to do niesprawiedliwości, naruszania praw osób ludzkich, do naruszeń pokoju, do rozlicznych ludzkich nieszczęść?
Że globalizacja, jeżeli jest rozumiana jako możliwość użycia nowoczesnych sposobów transportu, komunikacji oraz gromadzenia i przetwarzania danych, niesie wiele wspaniałych perspektyw okazania ludzkiej solidarności i pobudzenia rozwoju narodów? Natomiast z faktu istnienia tych możliwości – nie wolno wyprowadzać wniosku o utracie racji bytu wolnych narodów i ich państw. Tak jak z faktu istnienia samolotu nie wynika, że wolno go nadużyć do zamachów terrorystycznych. Tak jak z faktu zaistnienia technologicznych możliwości zorganizowania globalnego obozu koncentracyjnego nie wynika, że wolno wszystkich ludzi pozbawić wolności.
Jeżeli ktoś dąży do pozbawienia narodów wolności – to jest wrogiem narodów, wrogiem prawdziwej ludzkiej solidarności, wrogiem prawdziwego rozwoju – i należy się przed nim bronić!
Czy nie jest polskim zadaniem przestrzegać polskich fanatyków współczesnych utopii – miedzy innymi takich jak utopia Unii Europejskiej – oraz przestrzegać potencjalne ich ofiary, że takie utopijne twory budowane są wbrew prawom ludzkiej natury i że wcześniej lub później siły natury ludzkiej takie utopie zmiatają z powierzchni Ziemi? – tylko ile pod drodze jest nieszczęść!?
Czy to nie jest tak, że Polska poddając się prądom skierowanym przeciw wolności narodów i wzmacniając je – w sposób zasadniczy przyczynia się do ich zwycięstwa? Bierze na siebie współwinę za zło. Właśnie za zło pomagania w stabilizowaniu imperiów, które będą łamać prawa narodów, między innymi polskiego!
I czy to nie jest tak, że opierając się prądom niszczycielskim, Polska stwarza szansę otrzeźwienia? – choćby narodom Europy – mówiąc im, że dzieło jest złe. I tym samym stwarza szansę dla siebie?
Dlaczego nie postawić na realizację praw Narodu Polskiego – w tym prawa do wolnego, niepodległego, suwerennego bytu i nie szukać rozwiązań polskich problemów na tej drodze?!
Wykorzystując te atuty, które z naszego miejsca w czasie i przestrzeni wynikają? A jakże ich wiele! Wbrew temu co głoszą ludzie mali i strachliwi lub kłamliwi, że Polska jest bez szans na niepodległy byt!

Panie i Panowie Posłowie!
Polska – to Naród zamieszkujący znaczące terytorium, którego nie może zlekceważyć żaden z sąsiadów – bylebyśmy tylko nie wyprzedawali w obce ręce polskiej ziemi i innych dóbr – wtedy słusznie będą nas lekceważyć jako tych, którzy nie chcą dbać o swoje elementarne interesy.
Polska – to kraj położony na skrzyżowaniu głównych szlaków handlowych wschód – zachód i północ – południe Europy.
W warunkach pokoju to miejsce błogosławione i Naród powołany do tego, by stać się jednym z głównych współorganizatorów współpracy gospodarczej – bylebyśmy tylko nie niszczyli sieci rodzimego handlu i nie wydawali polskich banków i innych instytucji finansowych w ręce konkurencji. Przede wszystkim zaś unikali nadmiernej jednokierunkowości powiązań gospodarczych. Kiedyś głównie z ZSRR, a dziś z UE.
Polska – to kraj z dostępem do morza – a w konsekwencji z perspektywą współpracy z całym światem. Bylebyśmy tylko nie niszczyli polskiej gospodarki morskiej – floty, portów, rybołówstwa i przemysłu okrętowego – co jest ponurym owocem ostatnich kilkunastu lat.
Polska – to blisko 40 milionów ludzi – ogromny rynek, dający wielkie możliwości rozwoju – byleby tylko nie dusić jego popytu monetarystycznymi ekscesami.
Polska – to ogromne bogactwa naturalne – prawda, że nie wszystkie – ale podstawowe z nich, źródła energii, mamy własne. Nawet gdybyśmy wykorzystywali tylko te, które wykorzystujemy dotąd, to mamy ich na wiele pokoleń do przodu. A są przecież jeszcze ekologiczne, odnawialne paliwa przyszłości.
Polska – to rolnictwo i gospodarka żywnościowa, które jeżeli tylko nie będą niszczone, zdolne są wyżywić populację kilka razy większą niż mieszka w dorzeczu Wisły i Odry. I to w warunkach produkcji zdrowej żywności, a nie schemizowanej papki i genetycznych mutantów.
Polska – to dobrze wykształcona ludność ( w porównaniu do średniej krajów europejskich) – bylebyśmy tylko nie dopuścili do obniżenia poziomu wykształcenia w kolejnych pokoleniach.
Polska – to, choć dzis osłabiona, ciągle jeszcze silna rodzina – zwłaszcza w porównaniu do rodzin Europy. To naturalna podstawa pełnego rozwoju społecznego. Bylebyśmy tylko nie naruszali jej praw i nie niszczyli jej autorytetu i funkcji wychowawczych. I byleby tylko pod auspicjami różnych międzynarodówek nie importowano do Polski patologii życia rodzinnego.
Oczywiście – może ktoś powiedzieć, że w Polsce są i wielkie braki. To prawda. Zarysowująca się na skutek wielu lat polityki depopulacyjnej katastrofa ludnościowa – starzenie się społeczeństwa połączone ostatnio z narastająca katastrofą zdrowotną – ze wszystkimi skutkami politycznymi i gospodarczymi. Ale w tym punkcie kraje, narody unii Europejskiej znajdują się w o wiele gorszej od nas sytuacji. Brak doświadczonych warstw przywódczych Narodu – smutny skutek ludobójstwa wymierzonego w najbardziej świadome grupy Polaków i procesów wielorakiej degradacji zrealizowanej przez dwa socjalizmy – brunatny i czerwony.
Wciąż jeszcze ciążące nad polską nauką ślady marksistowskich ograniczeń intelektualnych, widoczne zwłaszcza w humanistyce, w tym w prawie i ekonomii, oraz braki polskiego ethosu pracy.
Wciąż jeszcze obciążające naszą gospodarkę ślady socjalistycznej gigantomanii oraz braki będące skutkiem wielu lat uczestnictwa w socjalistycznym podziale pracy w ramach dawnego imperium.
Dziś jednak bardziej ciążą Polsce i Polakom szkody wyrządzone procesami przystosowań do Unii, o których mówiliśmy wcześniej.
Oczywiście – wolimy nowoczesne, małe, kilkusetosobowe huty, zatrudniające jedna trzecią załogi w laboratoriach i produkujące w zautomatyzowanym i komputerowo sterowanym cyklu, konfekcjonujące niewielkie serie produktów, dobierane do zamówień konkretnych klientów, niż stare socjalistyczne molochy.
Trzeba jednak najpierw budować nowe, by zastąpić stare – zamiast prowadzić politykę stawiania starego w stan zawału, bez składania konkretnych propozycji co do własnego zaopatrzenia np. w stal oraz co z miejscami pracy. I to w sytuacji, w której jest j e s z c z e w Polsce dość dobrych inżynierów, by przygotować projekty na światowym poziomie.
Nie rozumiem dlaczego – zamiast rozbudowywać przetwórstwo węgla kamiennego, usprawniać efektywność kopalni oraz inwestować w zmniejszenie energochłonności gospodarki, restrukturyzacja górnictwa polega na jego stopniowej likwidacji, na zamykaniu dobrych kopalni i wysyłaniu ludzi a bruk. I to w czasie, w którym Unia przestawia w 20-letnim cyklu swą energetykę z paliw płynnych na energetykę węglową.
Unia oczywiście wie, że wprawdzie energetyka węglowa jest droższa od energetyki paliw płynnych, ale po pierwsze daje więcej miejsc pracy, a po drugie daje większe bezpieczeństwo strategiczne. Węgiel jest w dostatecznej ilości w Unii, a paliwa płynne w większości trzeba sprowadzać.
Nie rozumiem dlaczego – zamiast rozwijać handel wielkopowierzchniowy w oparciu o polskich kupców i polskich dostawców, dbając oczywiście o zabezpieczenie tego wrażliwego rynku przed praktykami monopolistycznycznymi i udzielając mu ustawowego wsparcia Państwa oraz finansowego polskich banków, promuje się w warunkach nieuczciwej konkurencji zagraniczne monopole, zmierzające do likwidacji polskiego handlu. Od czasów Hilarego Minca walka z handlem polskim nie była tak skuteczna jak to jest dzisiaj.
Nie rozumiem dlaczego - zamiast kawałkować i sprzedawać najcenniejsze składniki PKP (mówię tu zwłaszcza o perspektywie wyprzedaży przewozów towarowych) – i zamiast nieustannie dopłacać do dróg niszczonych kołami TIRów – nie przerzucić tranzytu TIRów przez Polskę na lawety kolejowe - uczynić opłacalnym transport kolejowy i znaleźć środki na rozwój i utrzymanie polskiej infrastruktury?
Nie rozumiem dlaczego – zamiast wyprzedawać cementownie polskie na progu wielkich programów budowy autostrad na naszym terytorium – nie zarobić samemu na produkcji cementu niezbędnego do budowy.
I tak dalej, i tak dalej...
Ani wisząca na horyzoncie katastrofa finansów publicznych ani perspektywa załamania systemu ubezpieczeń społecznych nie byłyby tak dojmujące, gdyby nie wydanie Polski przez rządzących na łup konkurencyjnych sił gospodarczych w ostatnich kilkunastu latach.
Są to problemy, które tak czy inaczej – w niepodległej Polsce czy w unijnym poddaństwie – sami musimy rozwiązać, jeżeli w ogóle mają być rozwiązane. Obcy nie zechcą płacić za ich rozwiązanie, a raczej mogą te polskie słabości wykorzystać dla własnych celów.
Oczywiście! Polsce potrzebna jest współpraca z innymi narodami. Także tymi unijnymi. Ale nie tylko z nimi.
Suwerenne Państwo Polskie powinno dążyć do równoważenia swych międzynarodowych zaangażowań politycznych i gospodarczych i nie dopuszczać do jednostronnych uzależnień. A podejmując wszelkie współprace, powinno przede wszystkim preferować te programy, które wynikają z polskich, narodowych celów i odrzucać te, które te cele przekreślają.

Polsce potrzebne są:
Po pierwsze, radykalna zmiana stosunku Państwa do gospodarki – roztropny interwencjonizm, zwłaszcza w obronie polskiego rynku przed nieuczciwą konkurencją i kontrola procesów przekształceń własnościowych z punktu widzenia sprawiedliwości i bezpieczeństwa narodowego.
Po drugie, odejście od instrumentów monetarystycznych w kierunku keynsowskich – użycie dobrze pomyślanego systemu zamówień i gwarancji publicznych dla tworzenia popytu, aktywizacja budżetu przez objęcie nim całości funduszy publicznych, których połowa pozostaje dzisiaj poza budżetem.
Po trzecie, powstrzymanie narastania monopoli, zwłaszcza tych zagranicznych działających na rynku polskim. Przywrócenie zasad uczciwej konkurencji oraz przywrócenie warunków zdrowej akumulacji – zwłaszcza dla najszerszej liczbie małych i średnich przedsiębiorstw.
Po czwarte, wskazanie kół zamachowych polskiej gospodarki – takich jak gospodarka morska, uczestnictwo w organizacji handlu, zwłaszcza na szlaku wschód-zachód Europy, kompleks rolniczo-przemysłowy, kompleks paliw odnawialnych czy budownictwo.
Dokonuję tu oczywiście tylko przykładowego wyliczenia. Osobne w nim miejsce musi zajmować oczywiście rozwój nauki i oświaty.
Wszystkie te działania wymagają jako warunku wstępnego – powstrzymania wdrażania żądań Unii i wypowiedzenie Traktatu Stowarzyszeniowego ze Wspólnotami Europejskimi. W warunkach realizacji przystosowań do Unii nie ma możliwości rozwiązania głównych problemów Polski, w tym gospodarczych i społecznych, których większość dziś właśnie z tych przystosowań wynika!

Panie Marszałku! Wysoka Izbo!
O programie dla niepodległej Polski mówię w ogromnym skrócie, ze względu na rozmiar debaty ograniczając go do minimum, tym niemniej sygnalizując go wyraźnie aby nikt nie mówił,... że takiego programu nie ma!
Niepodległość i suwerenność Polski jest alternatywą poddaństwa – obojętne czy miałoby to być poddaństwo moskiewskie czy brukselskie. Niepodległy byt Polski jest możliwy. Nie przekreśla on też perspektyw współpracy z innymi narodami, także z Unią – wręcz przeciwnie – otwiera dla niej zupełnie nowe perspektywy.
Działanie przeciw niepodległości i suwerenności Polski, a w konsekwencji przeciw najbardziej podstawowym interesom Polaków, to zwyczajna zdrada narodowa – niezależnie od tego w jak piękne słówka ubrana.
Raz jeszcze przypominam, iż każdy z nas na tej sali zasiadających, złożył ślubowanie, że będzie strzegł suwerenności Ojczyzny.

Panie Marszałku! Panie i Panowie Posłowie!
W długim, jak na warunki naszych sejmowych debat, wystąpieniu zdołałem zaznaczyć raptem niektóre, najważniejsze problemy, które pozostają do rozstrzygnięcia w związku z propozycją włączenia Polski do Unii Europejskiej.
Raz jeszcze w imieniu wnioskodawców referendum podkreślam, że sprawy są zbyt ważne, zaszły zbyt daleko – by można było nadal omijać legalnie wyrażone zdanie Narodu. To przecież Naród jest Władzą Zwierzchnią Rzeczpospolitej i to jego atrybutów dotyczy sformułowane przez nas pytanie.
Odpowiedzialność każdego z Pań i Panów posłów w tej sprawie jest dziś odpowiedzialnością polityczną – ale też jak najbardziej osobistą.
Życzę Państwu aby Naród będący świadkiem naszego głosowania w tej sprawie - w stosunku do nikogo z nas aktu tego głosowania nie musiał dopisywać do katalogu zarzutów.
Wnoszę raz jeszcze w imieniu grupy posłów wnioskodawców o zarządzenie referendum, w którym obywatele Rzeczpospolitej Polskiej odpowiedzą na pytanie: "Czy jesteś za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej?"
Wnoszę o zarządzenie go w terminie zbliżających się wyborów samorządowych.

Dziękuję za uwagę.
(długo trwałe oklaski)

adres tej strony znajomemu

W sejmie
    Integracja z UE [4]
    Integracja z UE [3]
    Integracja z UE [2]
    Integracja z UE [1]
    Wotum nieufności min. Cimoszewiczowi
Ze strony sejmowej
    Wypowiedzi
    Interpelacje
    Zapytania
    Oświadczenia
    Głosowania
Listy, polemiki
    List do członków Porozumienia Polskiego
    List do Romana Giertycha
    W Naszym Dzienniku- Polska oczekuje

wap.lopuszanski.pl

Porozumienie Polskie

WYDAWNICTWO POLWEN